Sylwetki

Busy P


Bohater niniejszego opowiadania w rzeczywistości nazywa się Pedro Winter. W wikipedycznym skrócie można o nim powiedzieć, że jest producentem muzycznym, uznanym paryskim DJ-em, właścicielem wytwórni Ed Banger Records, managerem Daft Punk w okresie ich największej prosperity (tj. 1996-2008), a obecnie Cassiusa oraz Cosmo Vitelli. Prywatnie mąż Nadege Winter oraz brat wokalisty – Thomasa Wintera.

Na szczęście rosnący apetyt na Selector Festival oraz ciągłe sukcesy Eda Bangera nie pozwalają nam w przypadku Busy P korzystać jedynie z Wikipedii. Facet wydaje się być pozytywnym ucieleśnieniem nadpobudliwości, co widać w efektach jego pracy.

Początkowo należałoby się spytać jak to się stało, że i on się stał nie tylko młodzianym celebrytem, ale również niekoronowanym ojcem fali najbardziej spójnie zwaną „french touch”. Zaczęło się od tego, że Daft Punk popełnili w 1994 roku pierwsze podchody do światowej kariery pod skrzydłami Soma Quality Recordings. Pierwsze wydawnictwo nie trafiło w swój czas, ale kolejne – „Da Funk” – już mogło uraczyć niejednego amatora tłustych, niespotykanych dotąd beatów, inspirowanych z jednej strony chicagowską sceną Warehouse’u oraz brytyjskim indie-rockiem, a z drugiej strony dochodzącym do swojego głosu hip-hopem. Idąc tym tropem Bangalter oraz Homem-Christo zwerbowali do swych szeregów młodziutkiego, właśnie wyrzuconego ze studiów (a konkretnie z prawa), Pierre Wintera, aby rozsądnie pokierował ich karierą. Czemu właśnie jego? Ponieważ Winter był już wówczas m.in. dzięki paryskim rozgłośniom studenckim, dość rozpoznawalnym DJ-em, który odświeżał coraz bardziej skostniałe struktury techno oraz house’u, wprowadzając do swych setów dużą dawkę disco, funku, rocka, czy nawet metalu. Ta mieszanka w pełni ujawniała bardzo szerokie inspiracje Wintera, a także dawała dowód temu, że kuśtykanie na parkiecie nie musi odbywać się jedynie w takt jednostajnych rytmów. Winter przyjął się w rodzinie Daft Punk już po podpisaniu przez tych drugich kontraktu z Virgin, co wcale nie ułatwiało mu zadania. Na szczęście miał niejednokrotnie nosa co do swoich posunięć i walnie przyczynił się do sukcesów singla „Around The World” oraz późniejszych pełnoprawnych albumów efemerycznego duetu.

Walnie się przyczynił tym, że wyczuł potrzeby rynku, spragnionego ciągłego przytupywania nóżką w takt utworów, a jednocześnie przeżywającego emocje głębszego rodzaju niż ekstatyczne wymachiwanie rękoma w stylu Robbiego Rivery. Zresztą główny zainteresowany podkreślał, że jego gigi z Daft Punk albo eventy już stricte bangerowe charakteryzują się właśnie takimi emocjami (nawet sam przyznał, że się rozpłakał podczas pierwszego koncertu trasy pionierskiego dla francuskiej sceny duetu, promującej „Human After All”). Ale wiemy, że mieć nosa to nie wszystko. Nos jest częścią głowy, która z kolei utrzymuje się na karku. Zdrowy rozsądek, a pewnie też i zwęszenie dochodowego hype’u stały zapewne za sukcesami, którymi umiejętnie zarządzał. Nie zaniedbywał przy tym swojej osobistej miłości do muzyki, pomagając daftpunkom w przygotowywaniu albumów, jeżdżąc z nimi w trasy i wspomagając ich supportem, albo z przyczajki tworzeniem własnych beatów gdzieś na uboczu (podobno pierwsze, choć dość nieudolne produkcje Wintera powstały już w 1998 roku; oczywiście nigdy nie zostały one wydane). Nie zaniedbywał też swoich planów na przyszłość w pełni angażując się w rolę attache nowej rozrywkowej Francji, opracowując tym samym swój niecny plan w postaci Ed Banger Records. To właśnie tę wytwórnię (a nie jak większość dzieciaków sądzi – Kitsuné) uważa się za odpowiedzialną absolutnie za francuską eksplozję postdaftpunkowej muzyki klubowej. I sam Busy P temu przytakuje ciągle zaznaczając, że obecnie żaden francuski muzyk nie może się wyprzeć wpływu, jaki wywarł ten duet, już nie tylko na Francję, ale i cały świat, a przy tym i samych muzyków. I oczywiście sam Busy P jest z tego powodu szalenie dumny, bo on od najdawniejszych lat stał za ich plecami niejeden raz klepiąc po plecach, pupie, a nawet sztorcując. Wytwórnia wdarła się szturmem do klubów już w momencie powstania, czyli 2003 roku, dzięki artystom, których Winter skrupulatnie wyławiał z dusznych od rodzącej się małej rewolucji, francuskich klubów. To właśnie właściciel Bangera usłyszał w pewnej rozgłośni studenckiej duet Justice, przerabiający na francuską modłę hit Simiana, później już chętniej przypisywany Francuzom. Idąc za ciosem stawiał konsekwentnie na wschodzące gwiazdki muzyki, które sam prowodyr tego zajścia określa dźwięcznym mianem „noise funky”. Label wyróżnia się spośród paru innych mu podobnych (np. Institubes, Citizen, Versatile, czy wspomniane Kitsune) tym, że oprócz ziomalskopodobnego brzmienia posiada w swym katalogu perełkę, jaką jest niewątpliwie Uffie, jedyna kobieta w katalogu, dla której muzykę robi jej – niestety – chłopak – czyli Feadz.

Nadto Winter stara się wciąż, mimo tłumaczeń na temat ustawicznego braku czasu, samemu działać na polu prezentowania własnej muzyki, a także remixów. Dość wymienić już osławione „Chop Suey” (nie, to nie jest żadna przeróbka System Of A Down), Pedrophilię, albo własne wersje „Theme From Vicarious Bliss”, genialnego „Let No Man Jack” DJ Hella, tudzież „What’s Your Name Again” Fancy, które w swoim czasie zwiastować miało skomasowany napływ francuskich wizjonerów parkietu. Odznacza się też kompilowaniem składanek; nie dość, że tych z własnej stajni, to na dodatek jest autorem „My French Touch” wydanej w zeszłym roku, co jest dowodem, że stary niedźwiedź wcale tak mocno nie śpi, a nawet trzyma puls na ręce prężnie rozwijającej się sceny. Sam też ten hype tłumaczy na swój sposób, czyli, że dzieciaki potrzebują muzyki, na polu której łączy się każdy gatunek doprowadzając do erupcji naszych nieskoordynowanych ruchów w tańcu. Winny tłumaczy się całkiem dobrze, nie daje ani chwili wytchnienia wielbicielom dźwięku odkurzacza polanego tłustym, nieszablonowym beatem.

Słowo jeszcze należy się bliskim Pierre’a, czyli Nadege oraz Thomasowi. Ta pierwsza, mimo urody, która piszącemu te słowa do gustu nie przypadła, jest królową interesów rozwijającą się na polu pisarstwa [sic!], designu, DJ, i jeszcze paru innych platformach szeroko pojętej kultury. Z kolei Thomas Winter to wokalista mało znanego zespołu indierockowego Thomas Winter Et Bogue, który śpiewa, owszem, nienajgorzej, ale jakoś niestety ciągle mu hitu brak, choć, trzeba mu to oddać, na rodzimym rynku muzycznym jest całkiem poważany.

Kończąc już temat Busy P, stwierdzę, że trudno ogarnąć każdą niwę, po której porusza się Francuz, nawet czerpiąc garściami z jego wypowiedzi. Pokazuje, jak można zarobić niezłe pieniądze (nawet bardzo niezłe, z czym lubi się obnosić), ciągle się bawiąc, będąc w miarę niezależnym, pewnym siebie, konsekwentnym i nie ulegającym modom, tylko samemu nową modę tworzącym (choć nie projektuje nowych butów dla Vuittona, tak jak Kanye West). Sypiąc dużo popiołu z cygara może każdemu amatorowi french-touchu udowodnić, że jeśli Daft Punk byli pierwsi, to on był tym plemnikiem, z którego się wywodzą… i basta!

Net:
myspace.com/busyp
edbangerrecords.com